sobota, 5 marca 2011

Rozdział 3: Strach


- A więc to jest Kirth… nic dziwnego, że tę krainę uznano za przeklętą… - stwierdził mag przemierzający ową krainę, wędrujący na północ. Rozglądnąwszy się dookoła można było dostrzec, że tutaj nic nie ma prawa bytu. Nie ma żadnej roślinności, wody, pożywienia ani niczego innego, co mogłoby pomóc w przeżyciu.
         - Już wiem, dlaczego wszystkie rasy obawiają się tej krainy. Nie ma tu podstawowych składników niezbędnych do życia; warunki robią swoje, a mit o demonie przesądza sprawę, powodując strach. Podróż bez przystanku potrwa dwa dni, a nie chcę się zatrzymywać tutaj. To miejsce napawa grozą… nawet niebo mi nie sprzyja. – Przemierzając wzrokiem niebo odczuwał strach, ponieważ nie było ono zwykłe. Nie było błękitne… przyjmowało barwę młodego ogniska koloru czerwono-żółtego.
Na terenie równinnym było widać podłoże zeschniętej lawy, która po długim czasie rozdrabniała się w popiół. W oddali widoczne były skaliste góry oraz wielka ilość urwisk sięgających stu metrów. Na terenie prostym, nie wiadomo dlaczego, wyrosły stalaktyty o wysokości trzech metrów. W ich kształcie było coś złowieszczego - były one wysokie, ale bardzo wąskie, co sprawiało wrażenie, jakby miały przebić kogoś na wylot. Ostatnim elementem tej strasznej scenerii był widok lawy spływającej z niektórych gór, tworzącej w potężnych rowach ogniste rzeki.
         - To jest istne piekło, ale jak legenda głosi, istnieje tutaj wioska, do której nie można się dostać. Jednak dla mnie legendy pozostaną tylko legendami, gdyż życie w tym miejscu jest niedorzeczne. – Po tych słowach mag westchnął i ruszył w dalszą drogę. W miarę jak szedł w głąb krainy, podróż stawała się coraz bardziej uciążliwa, gdyż na drodze stawały ogromne stalaktyty i urwiska. W pewnym momencie czarodziej dotarł do dziwnego miejsca.
Otóż, aby pójść dalej trzeba było przejść między ogromnymi urwiskami, które tworzyły wąwóz szeroki na kilkanaście metrów. W tym miejscu też znajdowały się rogi skalne, lecz nie w takich ogromnych ilościach, jak na równinie; zaledwie pojedyncze. Bez namysłu ruszył w dalszą drogę. Po chwili wąwóz zaczął przybierać coraz dziwniejsze kształty, gdyż w głębi było widać mnóstwo stalagnatów łączących oba urwiska. Jednak nie tylko to było dziwne… stalaktyty przybierały nietypową formę, wyrastając ze ścian wąwozu.
         - Cóż za straszne i tajemnicze miejsce, nigdy czegoś takiego nie widziałem. To wygląda na kląt… - Nagle mag usłyszał ogromny hałas dobiegający z góry i podniósłszy wzrok zobaczył głaz lecący w jego stronę. Bez zastanowienia uniósł swą brązową laskę: potężny podmuch wiatru przesunął skałę, która następnie uderzyła kilka razy o stalagnaty i stalaktyty łamiąc je.
         - Jesteś ciekawym osobnikiem, człowieku. – Tylko echo głosu odbiło się od ścian wąwozu.
         - Kim jesteś? Pokaż się! – Zdenerwowany mag wyprostował sylwetkę i wytężył wszystkie zmysły w celu uniknięcia następnego ataku. Następnie zaczął się rozglądać i szukać przeciwnika, który go zaatakował. Spoglądając w niebo zauważył cień spadający w jego kierunku. Oceniwszy swoją sytuację, mag machnął różdżką i pod jego postacią utworzył się krąg powietrza, unosząc go. Następnie, kiedy lekko przechylił różdżkę w lewo, okręg, na którym stał, przemieścił się w tym samym kierunku, oddalając go od spadającej istoty i zatrzymując w pewnej odległości. Po krótkiej chwili na ziemię z wielkim trzaskiem spadł Befrozen, który po upadku wyprostował się i lekko uniósł trójząb, chcąc pokazać swoją wyższość.
         - Widzę, że jesteś potężnym magiem… wiem to i czuję twoją silną aurę. Rzadko spotyka się maga, który jednym ruchem ręki potrafi przyzwać zaklęcie. Ale to nie zmienia jednego faktu… Zginiesz. – Wypowiedziawszy te słowa, ryknął, wydając przerażający dźwięk, którym paraliżował swoich wrogów. Lecz mag był inny… spokojnym ruchem lewej ręki odwołał krąg, po czym stanął na splugawionej ziemi.
         - A myślałem, że jesteś tylko bujdą, Befrozenie; jednak się myliłem. – Po czym uniósł wzrok tak, aby lepiej widzieć ogromne ślepia bestii.
         - A więc znasz moje imię, robaku… takie ścierwo jak TY nie powinno wypowiadać mego imienia; za kogo się uważasz?! Jakie plugastwo wkroczyło na moje ziemie?! Jak cię zwą?! – W głosie demona było słychać zarówno gniew, jak i pogardę dla swojego wroga.
- Nieważne, kim jestem – Nagle mag machnął ręką, w której znajdowała się różdżka, tworząc ogromny podmuch wiatru mający zwalić Befrozena z nóg. Pomimo chwilowego braku czujności, potwór szybko zareagował i skoczył do góry, tworząc w jednej ręce kulę ognia; następnie cisnął nią w kierunku maga. Człowiek, widząc swoje położenie, ustawił kciuk do środka ręki i wyprostowując wszystkie palce u dłoni, stworzył powłokę wietrzną, po czym machnął nią kilka razy. Lecąca powłoka uformowała się w półksiężyce, które przecięły ognistą kulę na kilkanaście części, usuwając zagrożenie. W momencie uderzenia stwór znalazł się na ziemi, przygotowując kolejne uderzenie, lecz za wolno; w jego stronę leciały kolejne wietrzne ostrza.
Intuicyjne Befrozen podniósł swój szpon lekko ku górze, co wywołało zapalenie się całego ramienia i bez namysłu cisnął szponem przed siebie, tworząc strumień potężnego ognia, zamieniający wiatr w jego własny płomień, który nie mógł go zranić.
         - Potężny wietrze, który rozchodzisz się na wszystkie strony świata, użycz mi swej potęgi. – Po wypowiedzianym zaklęciu czarodziej ubrany w białą szatę uderzył laską o ziemię, po czym jego tnący wiatr wypełnił całą przestrzeń w wąwozie, w którym znajdowali się człowiek i demon.
         - Wiatr jest wszędzie, nie ważne, w jakiej okolicy… jest największą potęgą daną nam przez naturę. I to właśnie ona cię zniszczy, bękarcie!
Pomimo ciężkiej sytuacji, w jakiej znalazł się demon, na jego twarzy było widać tylko uśmiech; jego ciało osłoniło się w płomieniach i zniknął. Zdziwiony mag szybko przekalkulował całą sytuację i zdał sobie sprawę, że hybryda użyła jakiegoś rodzaju teleportacji.
         - Czyżby uciekł? - mówiąc w myślach, dalej był czujny na wypadek ataku znienacka.
         - Tak, wiatr jest wszędzie, lecz jest jeszcze coś: nawet najpotężniejsi magowie posiadają ograniczone możliwości. – Słysząc głos dochodzący z góry mag uniósł głowę i zobaczył Befrozena, stojącego na szczycie urwiska; zauważył też lecący w jego kierunku z niewiarygodną szybkością oręż. W ostatniej chwili udało mu się uniknąć ostrza i utrzymać równowagę, lecz nie spostrzegł małych kul ognia zmierzających w jego stronę i taranujących wszystko, co stanęło im na drodze.
Potwór nie celował w niego dokładnie, chodziło mu o dokonanie jak największych zniszczeń. Problemem były nie tylko kule, ale również szczątki gruzu spadające ku magowi. Pomimo uników, ogniste pociski uderzyły tuż obok raniąc maga i powodując jego upadek. Na domiar złego, kawałek stalagnatu spadającego z ogromną prędkością uderzył w jego nogę, miażdżąc ją doszczętnie.
         - To już koniec, robalu. – Wypowiadając te słowa, demon zbliżył się do niego, usunął głaz, a następnie chwycił maga swoją wielką łapą i podniósł do góry.
         - Będziesz cierpiał. – Słowa wypowiedziane z uśmiechem na twarzy wywołały strach u czarodzieja. Befrozen powoli podniósł swój drugi szpon, złapał rękę maga, a następnie oderwał ją od ciała. Było słychać tylko straszny krzyk człowieka, który nie mógł wypowiedzieć ani jednego słowa. Tryskająca krew zbierała się na łapie Befrozena i powoli ściekała mu po całej ręce, sprawiając, że czuł dumę. Robił tak z każdą kończyną człowieka - ból, cierpienie i krzyki uszczęśliwiały go, gdyż stwór napawał się strachem innych. Ostatecznie podszedł do nienaruszonego stalaktytu, uniósł maga najwyżej jak się dało i nadział jego tors na skałę tak, aż uszły z niego ostatki życia.
         - I to by było na tyle. Nikt nie jest w stanie mnie pokonać! Nikt! – Chwycił swój trójząb i odszedł w siną dal. 
        

wtorek, 22 lutego 2011

Rozdział 2: Legenda


Pierwsze, co zwróciło uwagę po otwarciu drzwi, to ogromy pokój z kilkunastoma regałami. Pokój był oświetlony tylko światłem, jaki dawały zapalone świeczki stojące na kilku piedestałach, dając mizerny efekt. Podłoga była zrobiona z kilkudziesięciu nierównych spróchniałych desek, które z każdym krokiem wydawały dźwięk łamiącego się drewna. Na samym środku pokoju znajdował się duży stół, a po jego prawej stronie stał stary, skórzany fotel, na którym siedział właściciel. 
- Niezła chata; szkoda, że troszkę spróchniała. – z lekką drwiną odezwał się ciemny elf. Wyciągnął jeden taboret spod stołu i usiadł naprzeciwko staruszka. Arkin poszedł w ślady Xandena i zrobił to samo.
- Znalazłeś coś, co może nam pomóc w naszych poszukiwaniach? – Zapytał człowiek, spoglądając na reakcję Khagl’a.
- Owszem mam dla was ciekawą historię. – Mówiąc to wstał, podszedł do jednego z regałów i wyciągnął dwie księgi, a następnie wrócił na swoje miejsce. Położywszy tomy na stole, otworzył pierwszy i zaczął przewracać kolejne strony. Książka była nowa, na co wskazywały kartki w białym kolorze, co świadczyło o nieużywalności tego podręcznika. Arkin przyglądał się każdemu ruchowi, jaki wykonywał dziadek siedzący naprzeciwko. Drow, nie mając zajęcia, huśtał się na krześle trzymając nogę na nogę i patrzył w sufit rozmyślając nad czymś. 
- Jest pewna historia i to bardzo ciekawa. Jak widzisz, ta książka została niedawno wydana i jest jedna rzecz, która mnie bardzo ciekawi. To tajemnicza sprawa, która łączy się z niektórymi wątkami drugiej księgi. Historia opowiada o pewnej krainie zwanej Kirth. - Jego słowa były poparte ogromną fascynacją tą opowieścią. Poprawiając okulary, ciągnął dalej.
- Jest to kraina składająca się ze skał i gór skalistych. Wszędzie dookoła urwisko i doliny skalne, jednak pomimo tego istnieje tam wioska… ludzka wioska. 
- Ludzka wioska? W pewnym stopniu to możliwe, ale mało prawdopodobne, chyba, że istnieje tam potężny mag władający ziemią, który potrafi w skałach odnaleźć wodę i nią gospodarować. Ale mag na tyle silny, żeby zaopatrzyć całą wieś w wodę? Trochę to niezwykłe i naciągane. – Odparł elf. Lecz owa historia go zachęciła i usiadł jak na normalnego gościa przystało i wsłuchiwał się uważnie. 
- Opisana jest tu rzeka górska dająca czystą wodę, lecz nie w tym tkwi problem. 
- Nie w tym? – Arkin z coraz większym zainteresowaniem wsłuchiwał się w głos Khagl’a.
- No, trochę to dziwne patrząc na możliwości przeżycia. Teren górzysty, fakt, woda jest, ale ciężko by było tam przeżyć bez uprawy roli i hodowli bydła. Coś tu nie trzyma się kupy. – odparł Xanden wpatrując się w otwarty tom. Staruszek podrapał się po głowie i zaczął kontynuować.
- Wioska liczy około dwustu pięćdziesięciu osób. Nie jest to sporo i nie wymaga dużej gospodarki na utrzymanie tych ludzi. Jednak jest pewien obszar znajdujący się w wiosce, który można uprawiać i hodować na nim zwierzęta. Ale to jest tylko niewielka powierzchnia, która ponoć zawsze zarasta. Dlaczego ludzie nie wrócą na  jakieś bardziej ucywilizowane miejsce, tylko gnębią się tam w odosobnieniu? To jest zagadka, która…
-… nie daje spokoju. – dokańczając zdanie Arkin przybrał poważną postawę. Nie zważając na ciemnego elfa wpatrującego się w księgę zamknął ją, po czym ciemna postać dalej patrzała w jeden punkt nie mrugając, tak jakby książka dalej tam stała otwarta. Nie przyglądając się jemu starzec sięgnął po drugi tom, który okazał się o wiele starszy. Jego kartki były przyżółkłe, a całość wyglądała jakby miała się zaraz rozpaść. Po otworzeniu ukazały się stare pisma dotyczące demonów. Właściciel kolejno przerzucał kartki i utknął na jednym imieniu… Befrozen. Pod Imieniem była pokazana postać bestii.
- Co dziwne, słyszałem pewne pogłoski o nim… - Nagle urwał i spojrzał ze zdumieniem na siedzących bohaterów, którzy widząc postać hybrydy, odpłynęli daleko myślami, analizując poprzednie zdarzenia dotyczące poprzedniej poprzedniego tomu.
- Czyżby to była prawda? Naprawdę Ci młodzi wojownicy chcą stawić jemu czoła? Dlaczego? – Pomyślał w duchu Khagl, nie dając po sobie poznać strachu. Byli tak zamyśleni, że nie spostrzegli, kiedy skończył czytać… tak, jakby byli otwarci tylko na to, co jest związane tylko i wyłącznie z demonem.
- Istnieje pewna legenda...
- Pewna legenda? – zapytał elf, przerywając mu dalsze czytanie.
- Tak jak powiedziałem dotyczy ona Bestii zwanej Befrozenem. Kilkaset lat temu żył potwór i właściwie znajdował się właśnie na terenach Kirth. Ponoć każdy, kto tam poszedł nigdy nie wrócił…. Było wielu poszukiwaczy przygód, którzy w ramach treningu wybierali się właśnie tam, lecz nigdy nie wrócili. Istnieje jeszcze coś… Pakt.
- Pakt? - Arkin pytająco spojrzał na starca, po czym wyprostował ręce wyciągając je ku górze.
- Tak, pakt… około pięćdziesiąt lat temu założona tam została obecna wioska. Nie wiadomo, dlaczego ludzie tak daleko zawędrowali i nie wiadomo, w jakim celu. Wiadome jest, że wpadli w pułapkę Bestii, która dała im dwa wyjścia. Pierwsze polegało na całkowitej eksterminacji i skonsumowaniu wszystkich od razu, a drugim było przybywanie demona co pięć lat do wioski i zabieranie jednej z córek, obojętnie której rodziny. 
- Ciekawy sposób myślenia ma ten Befrozen… podoba mi się. –po twarzy … widać było lekceważącą postawę.
- Jest głodny to bierze, ale rzadko jest to spotykane u demonów. Zazwyczaj one lubią tylko bawić się strachem i cierpieniem. – Wytłumaczył Arkin Khagl’owi. 
- Co to ma do rzeczy? – zapytał właściciel niespokojnym głosem.
- To oznacza, że ktoś tu kłamie... albo ta księga, czyli są to tylko domysły ludzkie, albo demon nie istnieje. -  Spoglądając na Drowa widział w jego oczach zrozumienie i rozczarowanie. Wiedział, że może to być kolejna bujda, rozpowiedziana przez jakiegoś bajkopisarza. 
- Nie rozumiem, o czym wy mówicie. – Jego słowa stawały się coraz bardziej niepewne, a głos coraz bardziej drżący, co świadczyło o jego strachu.
- Wytłumaczę ci to, tylko nie przerywaj. Pytania zostaw na koniec. – Odpowiedział Arkin.
- My klasyfikujemy demony w różne rodzaje, najprościej mówiąc. To, co piszą w księgach, rzadko jest prawdą. W większości jest to bujda, wymysły ludzi, którzy opisują je tak, jakby chcieli, aby wyglądały. Są demony młode, średnie i wyższe. Demony młode nazwaliśmy tak, ponieważ charakteryzują się tym, że są mało rozgarnięte, występują w małych stadach, nie potrafią składać żadnych pieczęci ani używać mowy jak pozostałe. Charakteryzują się instynktem i, co jest najistotniejsze, pożerają ludzi. Demony średnie potrafią składać pieczęci i używać mocy, jaką dysponują, np. ognia. Potrafią władać bronią tak jak każdy… czy to krasnolud, elf, człowiek, czy członek innej rasy. Co najważniejsze, są istotami rozumnymi, samodzielnie myślą i są o wiele bardziej niebezpieczne niż ich poprzednicy. Demony wyższe zupełnie się różnią od reszty. Ich potęga jest 3 razy większa od poprzednich rodzajów. Posiadają niewyobrażalną moc, którą potrafią stłumić tylko nieliczni, np. opisywani mistyczni bohaterowie. Legendy o nich nie są w całości prawdą, ale jeżeli chodzi o moc, potrafią dorównać tym hybrydom. I jest jeszcze ostatni gatunek, o którym się nigdy nie wspomina. My nazywamy je pozaklasowymi. Ich moc jest tak przerażająca, że nawet demony wyższe boją się ich mocy, ponieważ dla nich nie ma różnicy, czy pożrą człowieka, czy demona. Ale są to tylko pogłoski. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z taką potęgą.
- Powiedzcie mi szczerze… kim wy jesteście? - Khagl był tak przerażony tym opowiadaniem, że po czole spływały mu krople potu, a całe ciało się trzęsło. Arkin był tak przekonywujący i znał tak wiele informacji dotyczących demonów, że trudno było wątpić w prawdziwość jego słów.  
- My jesteśmy Łowcami i to nie byle jakimi. Polujemy na nie. - Po raz pierwszy elf spoważniał i spoglądając na starca widział w nim strach i paraliż ogarniające jego ciało, po czym uśmiechnął się. 
- Dlatego ta legenda jest albo kolejną bujdą, albo ludzie tak sobie to tłumaczą, gdyż nie wiedzą, co tak naprawdę bestia robi z uprowadzonymi. Tyle informacji nam starczy. – Wyglądał na usatysfakcjonowanego, gdyż Arkin uśmiechnął się i powstał ze swojego miejsca. 
- Chodź, Xanden, nie mamy czasu do stracenia, trzeba ruszyć w pogoń za nieznanym i stawić czoła bestii. 
- W końcu coś ciekawego będzie się działo… już mam dosyć siedzenia tutaj. – Po tych słowach elf powstał z taboretu i pierwszy pokierował się w stronę drzwi. 
- Mam do ciebie jeszcze jedną prośbę.
- Prośbę? – Starzec dalej był sparaliżowany po usłyszanej historii o potworach, które żyją na tym bezkresnym świecie. 
- Jesteś bardzo pomocny i nasza współpraca mogła by trwać dalej. Z tego, co zauważyłem, masz bardzo dobre księgi, lecz niektóre z nich są tylko efektem wybujałej wyobraźni człowieka lub istoty innej rasy. Postarałeś się znaleźć coś ciekawego, co ci się udało. Mam dla ciebie propozycję, masz tu dwie sakiewki złota. Będę w ciebie inwestował, a ty będziesz podawać mi informację i szukać ksiąg najbardziej przydatnych, zawierające informacje takie jak te. Te sakiewki zawierają sto sztuk złota, co wystarczy na remont tego domu, umeblowanie go i kupienie trochę ksiąg. Po tym, co zrobiłeś, mogę
wywnioskować, że umiesz myśleć, lecz nie potrafisz rozpoznać prawdziwości historii i zachowań demonów. Także po powrocie nauczę Cie kilku rzeczy, których będziesz dla nas szukał i dostawał za nie wynagrodzenie. Przystajesz na tę propozycję? 
- Sto sztuk złota? To jest za dużo, o wiele za dużo. – starzec, dalej roztrzęsiony, nie mógł w to uwierzyć i postanowił sprawdzić zawartość woreczków. Otworzył jeden i zobaczył pełno złotych monet, które połyskiwały przed jego oczami. 
- Nieprawda; ta księga, którą posiadasz kosztuje około trzydziestu złotych monet. Jest to jedna z wielu ksiąg bezcennych, których zawartością są informacje prawdziwe. Nie masz czego się bać; to my narażamy życie i walczymy o to, by wam żyło się lepiej. – Ostatnie słowa wypowiedziane było z troską, co uspokoiło Khagla.
- Dobrze, ale nie wiem, czy sam sobie poradzę, jestem już stary, jak widać. Czy mogę wyszukać dla siebie czeladnika, który będzie mi pomagał w pracy? 
- Oczywiście. Zrób tak, jak uważasz i wyszkól go tak, jak potrafisz, a później ja was wyszkolę i podzielę się wiedzą, którą sam posiadam. – Po tych słowach Arkin dołączył do ciemnego elfa stojącego w drzwiach i czekającego na niego, po czym wyszli zamykając za sobą drzwi.

Rozdział 1: Cień przygody


- Bardzo przestronna ta gospoda. – Stwierdził Xanden przypatrując się całemu pomieszczeniu. Była zbudowana z dębowego drewna, a  sposób w jakim deski zostały położone utwierdzał w przekonaniu, że tak piękna robota została wykonana przez prawdziwych mistrzów. Ponieważ słońce jeszcze nie zaszło, strumienie światła powinny były przebić się przez drewnianą ścianę i oświetlić pomieszczenie; tak się jednak nie stało, gdyż budynek ten nie posiadał żadnych szpar. Tworzące go deski były tak dokładnie obrobione, że nowo przybyli wchodząc, za każdym razem podziwiali pracę, jaką poświęcili na to budowniczowie. Wnętrze było oświetlane przez lampy, które wisiały na łańcuchach przymocowanych do drewnianej ściany znajdującej się nad głowami klientów. Pomieszczenie zdawało się ogromne, chociaż z zewnątrz wyglądało na niewielkie. Było sporo miejsca dla bardów przyśpiewujących o bohaterach i opowiadających tworzone przez siebie legendy. Znajdowało się tutaj również sporo stołów dla pijących, kosztujących najlepszego jedzenia w całym mieście oraz pięknych i miłych kelnerek obsługujących bywalców.
- Taaa… wracając do naszego tematu dowiedziałeś się czegoś o demonach lub innych plugawcach w tych okolicach? Nudzi mi się, bym chciał się trochę rozerwać.
- Niestety, jeszcze nie. – Z ponurą miną Arkin spojrzał na swego towarzysza. Po minie przyjaciela domyślał się, że jest niezadowolony z tej informacji, lecz nic nie mógł zrobić. – Spokojnie niedługo coś się znaj… - urwał, gdyż nagle na stół wskoczył wysoki mężczyzna, wykrzykując i opowiadając o swojej odwadze w walce z demonem.
- Kiedy stanąłem oko w oko z tą bestią bez namysłu wyciągnąłem swój oręż i wyczekiwałem na odpowiedni moment do ataku. Stał niecałe kilkanaście kroków ode mnie, gdy nagle ruszył. – Mroczny elf wpatrywał się w osobnika opowiadającego swoją przygodę, po czym niesłyszalnie dla tłumu szepnął do przyjaciela:
- Nie sądzisz, że trochę naciąga fakty? Ponoć w tym regionie nie ma żadnym demonów, czyżbym się mylił?
- Nie lubisz bajkopisarzy? Tworzą ciekawe opowiadania... większość są to bujdy, gdyż nic nie trzyma się kupy, lecz niektórzy, jak ten tu obecny, umieją tworzyć naprawdę ciekawe historie. – Reakcja zgromadzonych w gospodzie była zaskakująca. Po raz pierwszy wszyscy przysłuchiwali się niezwykłemu zdarzeniu jakie (rzekomo) spotkało wojownika.
- Jakoś nie za bardzo przypadają mi do gustu. Moim zdaniem są nadto pobudliwi. Włażą na stoły, wykrzykują czego to oni nie zrobili z tak wielką dumą, że nawet nasza rasa przy tym gościu się chowa; lecz za chwilę się to zmieni. – Po czym założył nogę na nogę, pozwalając dokończyć człowiekowi swoją bajkę.
- I nagle odskoczyłem w bok, a rozpędzona bestia uderzyła prosto w wielkie, masywne drzewo. Widząc to, bez wahania szybko podbiegłem i uderzając z całych sił swoim mieczem odrąbałem jej łeb. – Po  zakończeniu opowieści wszyscy ucichli, a zza rogu chłop krzyknął:
– Niech żyje bohater, pogromca plugastw. – Po czym wypił na raz cały kufel ginu, a za nim wszyscy obecni. Z panującego tu harmideru dało się wychwycić pewien dźwięk: był odgłos rąk, które uderzały w siebie nawzajem. Obróciwszy głowy tłum zobaczył siedzące przy drzwiach gospody dwie postacie. Jeden był to człowiek ubrany w pelerynę koloru piasku, jaki znajdywał się na plaży nad morzem. Oplątywała całe jego ciało począwszy od szyi, kończąc na  kostkach. Drugi osobnik szczególnie nie wyglądał, wyróżniał się tylko jednym… był mrocznym elfem. Obok na krześle była oparta jakaś rzecz owinięta zwykłą szmatą, mniej więcej przypominającą ubiór pierwszego człowieka.
- Piękna opowieść, jestem godny podziwu i chylę czoło przed Tobą, pogromco. –Wymawiając te słowa, elf powoli zaczął wstawać z krzesła.
- Dziękuję, miło słyszeć takie słowa, szczególnie od elfa. –wypowiadając te słowa, wypiął dumnie pierś.
- Lecz zastanawia mnie jedno… demony znane są ze swojej potężnej i barbarzyńskiej siły, więc drzewo bez problemu powinno roztrzaskać się na wióry, lecz tak się nie stało. – Na twarzy Xandena pojawił się gardzący uśmiech, odzwierciedlający uczucia, jakimi darzył „pogromcę plugastw”.
- Myślisz, że kłamię?! – W jego głosie zabrzmiał wielki gniew, niczym piorun uderzający i przecinający drzewo w pół. - Udowodnij to, stając ze mną do walki.
- Dobrze, jeżeli takie jest Twoje życzenie... – Po wypowiedzeniu tych słów, ciemny elf zabrał ze sobą rzecz opartą na krześle, po czym w powolnym, lekceważącym tempie podszedł do swego przeciwnika. Obecni znalazłszy się w takiej sytuacji, odsuwali się od obydwu, aby zrobić trochę miejsca na pojedynek. Wiedzieli, że ta walka może być bardzo ciekawa, bo człowiek wyzywający elfa jest albo głupi, albo potężny. Elfy znane są ze swojej mistrzowskiej sztuki wojennej  i to zarówno bronią białą, jak i potężną magią. Gdy przyjaciel Arkina zbliżył się do przeciwnika, odłożył przedmiot ze sobą niosący.
- To raczej nie będzie mi potrzebne. Wyciągnij swoją broń i zaczynajmy. – Wściekły człowiek wyciągnął ze swojej przypiętej do lewego boku pochwy krótki, jednoręczny miecz. Widać było robotę bardzo dobrego ludzkiego kowala gdyż rękojeść miała kolor lekkiego brązu i była idealnie dopasowana do ręki właściciela. Ostrze wyglądało na wypolerowane tak, że gdyby wyjść na zewnątrz, promienie słoneczne mogłyby odbić się od miecza i oślepić wroga. Stojący naprzeciw elfa dzielny człowiek ruszył na swojego przeciwnika z dziką wściekłością. Byli zaledwie kilkanaście kroków od siebie, więc postanowił wykonać pchnięcie. Xanden przyglądając mu się ze spokojem, lekko ugiął nogi, a prawą rękę uniósł i przybliżył dłonią do klatki piersiowej, jakby chciał się za nią złapać.
– Arlesi vi’s. – Gdy szybko wyprostował rękę, z dłoni wyleciała potężna, niewidzialna siła, odpychając nieznanego wojownika i wbijając go w ścianę, łamiąc jego ciężarem stół, który wbił się razem z nim.
         - Solidną konstrukcję ma ten budynek, muszę pochwalić budowniczych. Myślałem, że się rozsypie, ale się przeliczyłem. Ech… mówi się trudno. – Podchodząc do barmana rzucił mu sakiewkę monet pokrywając koszty szkód jakie wyrządził, po czym bez słowa wyszedł wraz z Arkinem z gospody.


         Pogoda była piękna, niebo błękitne jak morze, a promienie słoneczne ogrzewały całą przestrzeń powietrzną, dając wysoką temperaturę. Było już południe, kiedy chłopi kończyli swoje prace na polu. Niebo było zasnute chmurami tak czarnymi i gęstymi, że nawet potężne promienie słońca nie dały rady się przez nie przedrzeć. Mieszkańcy miasteczka ciągle się w nie wpatrywali ze strachem, jakby czekali na ostatni dzień swego istnienia.
– Tam! – Krzyknął jeden z wieśniaków, po czym palcem wskazującym pokazał sięgające na kilkadziesiąt metrów w górę. Wszyscy z przerażeniem wpatrywali się we wskazane miejsce, a niektórzy padali na kolana płacząc i żegnając się ze swoimi córkami. Nie mogli dopuścić do siebie myśli, że odbędzie się za chwilę losowanie i któraś z rodzin straci swoje ukochane dziecko. Na wskazywanym miejscu stała postać. Bez chwili wahania wykonała skok i spadając wyglądała jak człowiek, próbujący popełnić samobójstwo. Była coraz bliżej ziemi, wszyscy błagalnie wpatrywali się w spadającego potwora. Nagle nogami wbił się w ziemię, po czym prostując je oraz unosząc swe ręce do nieba wydał potężny ryk. To był demon. Ta czterometrowa istota była cała czerwona i miała wielkie ślepia świecące niczym dwa słońca. Nos bardzo przypominał ludzki, usta były ogromne, zęby nieduże, lecz bardzo ostre. Na głowie, po dwóch stronach czoła, znajdowała się para rogów, które przypominały o diabelskim pochodzeniu. Potężne mięśnie ramion i brzucha było widać z daleka, przypominały umięśnionego człowieka. Demon był bardzo dziwny, gdyż posturą pasował do istoty ludzkiej. Różnił się tylko dłońmi i stopami, o ile można je było tak nazwać. Tak jak człowiek miał pięć palców, jednak różniły się wielkością i zakończeniem, gdyż na końcu miał wielkie, czarne i lekko zaokrąglone pazury sięgające do kilkunastu centymetrów. Posiadał również trzy metrowe ogony zwieńczone szpikulcami niczym wystające kolce od korbacza. Na dodatek trzymał w swych łapach niewyobrażalnie wielką halabardę. Z dwóch stron była zakończona srebrnym jak miecz błyszczący w słońcu trójzębem. Jego ostrza jednak nie były takie jak w owej broni, trzy wystające szpikulce przypominały kris. Na plecach stwora było widać wystające czarne łuski niczym u smoka, idące wzdłuż całego kręgosłupa, aż do ogonów.
- A więc przybyłem tak jak obiecywałem. – Odezwała się owa bestia. Jej głos był tak przerażający, że bliżej stojący upadali ze strachu. 
- Dlaczego nas męczysz, odpowiedz, dlaczego… co my zrobiliśmy? Zostaw nas w spokoju… proszę… błagam! – Pozostając na ugiętych kolanach w pozycji modlącej, chłop uniósł twarz, która cała była zalana łzami. Usłyszawszy to demon podszedł do oddalonej o kilkanaście kroków postaci. Zniżył głowę i swoimi wielkimi, żółtymi ślepiami spoglądał na biedaka.
- Dlaczego?! Odpowiem ci, dlaczego! Ta ziemia należy do mnie, zawsze należała i zawsze będzie należeć. Słuchajcie wszyscy; wy żyjecie, ponieważ ja tak chcę. Gdyby nie pakt, który zawarliśmy, wszyscy byście już zginęli. Wszystkich bym was wyrżnął i powoli zajadał wasze świeże mięso. – Uniósł swą diabelska dłoń nad chłopem, po czym położył na nim. Nagle pojawił się ogień, a wszyscy widząc palącego się żywcem chłopa zatykali uszy i zamykali oczy, żeby nie widzieć i nie słyszeć wrzasków. 
- Ratunku… Aghh. – Takie były jego ostatnie słowa. Następnie lekko ściskając zmarłemu głowę uniósł ją tak, aby wszyscy ją widzieli, po czym zacisnął dłoń w pięść, co spowodowało zmiażdżenie głowy wieśniaka, z której trysnęła krew oblewająca najbliżej stojących. 
- Taka jest moja potęga, lepiej weźcie sobie to do serca o ile nie chcecie skończyć tak, jak ten tutaj. Przychodzę tu raz na pięć lat, wymagam mojej daniny. Gówno mnie obchodzi, kto to będzie. Przypomnę wam jeszcze raz, gdzie wasze miejsce. Raz na pięć lat dajecie mi ofiarę i żyjecie w strachu w zamian za to, że w ogóle żyjecie. Nikt was nie uratuje. – Po czym złapał w swe łapy pierwszą lepszą wieśniaczkę stojącą obok niego. Oglądając się spojrzał na drugą, która stała obok niej. Wystawił swój wielki długi pazur, wskazał na Mirenę i naglę zniknął w płomieniach. Widząc to, ta piętnastoletnia dziewczyna wiedziała, że będzie następną ofiarą i nikt jej już nie uratuje.

Prolog

- Tyle się już znamy, tyle razem przeżyliśmy, więc może czas opowiedzieć trochę o sobie?
Xanden obdarował swojego towarzysza zaciekawionym spojrzeniem, po czym na jego ustach pojawił się lekki uśmiech.
         - Opowiedz mi, kim byłeś i dlaczego stałeś się tym, kim jesteś. Czy to za sprawą rodziny? Czy nienawiści? Może chciałeś zdobyć tak wielką i straszliwą moc po to, aby ludzie czuli w Tobie strach?
         Arkin spoglądnąwszy na towarzysza broni, skinął lekko głową i wpatrując się w żółte i niebieskie płomienie zaczął swoją opowieść.
         - Świat jest wielki i niebezpieczny – odparł. – Pochodzę z krainy Mythir, a dokładnie z miasta, które zwą Orteą. Jeszcze półtora roku temu studiowałem walkę bronią białą, aby być jednym z najsilniejszych wojowników, jeżeli chodzi o walkę bronią dwuręczną. Jednak moje ćwiczenia polegały nie tylko na umiejętności władania bronią… chciałem również nauczyć się magii. Brałem korepetycje u pewnego maga zwanego Myrtas, który był mistrzem magii ognia. Nosił czerwoną szatę przepasaną złotym paskiem. Znaczyło to, że jest arcymistrzem w swoim fachu. Studiowałem u niego kontrolę i ćwiczyłem umysł tak, aby być zdolnym wyzwolić moc i potrafić ją ciskać… a wszystko z jednego powodu… chciałem dorównać potęgą mitycznym stworom, z którymi się teraz mierzymy… demonom.
Jak wiesz są to stwory o niewyobrażalnej potędze siejącej strach w oczach wszystkich. Są tylko nieliczni potrafiący w pojedynkę pokonać prawdziwego potwora… o wojownikach tych uczyliśmy się w szkole, lecz tak naprawdę każdego stojącego twarzą w twarz z monstrum napełniał strach. Te plugawe bestie można pokonać tylko i wyłącznie w wielkiej grupie najpotężniejszych magów – nagle urwał z powodu śmiechu mrocznego elfa, tak głośnego, że nawet wybuch spowodowany magią destrukcji by go nie zagłuszył.
– Tak, demony są bardzo potężne. Ich moc przyszpila każdą z ras, lecz tak naprawdę tylko nieliczni znają prawdę.
Arkin zdobył się na pogardliwy uśmiech, po czym w zadumie położył się na piasku i zatopił wzrok w czystym niebie, które przepełniał mrok; widać było tylko światło, jakie dawał biały księżyc oraz gwiazdy tworzące swojego rodzaju drogę, przypominającą mu drogę, jaką on musiał przebyć, aby tak daleko dotrzeć.
- Lubiłem dużo czytać, jednak zaczęło mnie zastanawiać, czy jest sens uczyć się mocy ognia. Zawsze znajdywałem informację o demonach, gdyż chciałem o nich wiedzieć wszystko… dosłownie wszystko. Próbowałem znaleźć ich słaby punkt, coś, co pomogłoby je unicestwić… w końcu znalazłem odpowiedni trop. Moc równie przerażającą dla demona, jak i dla reszty świata. Dzięki niej stałbym się silniejszy i mógłbym dorównać najpotężniejszym istotom, lecz zostałbym skazany na śmierć, ponieważ ta magia jest zakazana. Znalazłem tomy magiczne, które ją opisywały i nie były dostępne nam, uczniom. Nie mam bladego pojęcia, jak tam się znalazły, sklep niczym się nie różnił od innych. Zwyczajne książki o mitach, o demonach i ich potędze, o różnych bestiach, jakie ludzie spotkali w nieznanych zakątkach świata, jak również zwykłe opowiadania i książki pisarzy. Bez chwili wahania kupiłem je, po czym szybko pobiegłem do domu i kładąc się do łóżka zacząłem swoją lekturę. Było w niej napisane wiele istotnych rzeczy, o których nie mieliśmy pojęcia my, uczniowie. Zawsze uczono nas, że są cztery rodzaje żywiołów: ogień, powietrze, woda i ziemia. Jednak ta księga mówiła inaczej…
- Inaczej ?? – zapytał Xanden wpatrując się w niego z niecierpliwością i okazując niesamowitą chęć zgłębienia tematu.
- Tak… zostało tam wspomniane nie tylko to, że są na świecie cztery żywioły mocy, lecz też zostało napisane, że są również odrębne moce, nad którymi zapanować jest niespotykanie ciężko i jedynie mistrzowie mogą się tego podjąć, ponieważ dla nas jest to zbyt niebezpieczne. Chodziło o żywioły ciemności i światła… czytając dalej, nabierałem coraz głębszego przekonania, że magowie nas oszukują i nie mówią nam całej prawdy. Może to dlatego, że tych mocy się boją: są zbyt potężne i nieludzkie… w sumie mają trochę racji. Zawsze nam wpajano, że nekromanta jest synem demona i człowieka, w co wierzyliśmy; okazała się to kłamstwem, aby nas chronić. Lecz ja byłem inny… nie wierzyłem w to. Bo skoro to nie jest kwestia pochodzenia, to czy każdy nekromanta musi być zły? Musiałem wybrać miejsce, w które nikt nie zagląda oraz gdzie moc magiczna jest niewyczuwalna. Słyszałeś zapewne o Dolinie Śmierci? – po czym takim samym zaciekawionym wzrokiem spojrzał na towarzysza.
         Xanden, siedząc na pniu drzewa, patrzył w niebo, a zbliżające się chmury przypominały mu o nadchodzącym niebezpieczeństwie. Po chwili spojrzał na wojownika i odezwał się lekceważącym głosem.
- Wszyscy tę dolinę znają… jedno z najbardziej niebezpiecznych miejsc na tej ziemi, gdzie umarli wstają z grobów, gdzie moc śmierci jest tak wielka, że ludzie jak i inne rasy boją się do tego miejsca zbliżyć, ponieważ jego odór przytłacza strachem… tam legendarne stworzenia znane tylko w bajkach okazują się prawdziwe. Latające kościane smoki, licze i wiele innych bestii … legendy mówią o przesiadujących tam wojownikach i magach, którzy nie zdołali opanować potęgi śmierci i stali się jednymi z nich, zachowując (jednak) trzeźwość swojego umysłu i wspomnienia.
Każdy z mojej rasy zna tę krainę i wielu próbowało przeżyć lecz im się nie powiodło; słysząc Twoją opowieść zakładam, że jednak komuś się udało… i ta osoba jest na dodatek człowiekiem. Czyż życie nie jest zaskakujące i pełne niespodzianek ?
- Owszem, jest... – odparł Arkin, błądząc dalej swoimi oczyma po niebie i rozmyślając przy tym o swoim życiu. – Gdy mistrz nauczył mnie pełnego panowania nad umysłem i stwierdził, że jestem gotowy na poznanie prawdziwej magii byłem zadowolony… w tym czasie, zanim osiągnąłem pełną kontrolę, przeszukałem wszystkie możliwe kąty w poszukiwaniu fragmentów zwojów z czarną magią, co łatwą rzeczą nie było. Przeczytałem kilka opowieści dotyczących legendarnych ekwipunków, które ponoć mają swoją wolę i mogą cię zniszczyć… ale co ja ci będę opowiadał, skoro jesteś posiadaczem takiej rzeczy. Zaintrygowała mnie jedna historia o potężnym demonie śmierci, który kiedyś istniał lecz poległ z rąk bohaterów… zwał się Darkside. Pozostawił po sobie dwa mityczne artefakty, które stały się moją własnością. Kontynuując… skończywszy naukę wybrałem się z kilkoma zwojami o czarnej magii do owej Krainy, gdzie walczyłem o przeżycie. Przeżyłem tam rok, a następnie ze zdobytym doświadczeniem stałem się łowcą demonów. Kilka tygodni później spotkałem ciebie  i od tego momentu razem stawiamy czoła niebezpieczeństwu.